Profesorskie gadanie.
Zivot neni legrace - tak mówili moi przyjaciele z Czech. Życie to nie żart. Ale przecież to życie płata nam często figle, a jego żarty są dla nas tyleż zabawne co kłopotliwe. W mej dydaktycznej młodości zdarzały mi się humorystyczne wpadki powodowane najczęściej moją potrzebą podtrzymania autorytetu za pomocą „słownej zasłony dymnej”. Straszny był ze mnie - podobno - niezrozumialec.
W miarę dojrzewania naukowego i dydaktycznego wyzbywałem się tej oczywistej wady. Można wszakże przedobrzyć i w drugą strone. Odejście od naukowego żargonu w stronę potoczystej, jędrnej polszczyzny też może być niebezpieczne dla wykładowcy. Między „nadmiernością” [ styl napuszony] a „ascetyzmem” [ skrzętne wykorzystywanie stereotypów językowych] mieści się pole językowych działań każdego z nas. Dlatego też anegdotyczną część tego felietoniku chciałbym poprzedzić krótką refleksją językoznawczą.
Molierowski pan Jourdain wielce był zdumiony i zachwycony odkryciem, że mówi prozą, czyli jest prozaikiem, zatem należy do grona wybranych - najświetniejszych pisarzy jego wieku. Bardziej wszakże winien się dziwić nasz bohater tym, że w ogóle mówi, że jakoś tam jest rozumiany i rozumie innych. Na szczególne mechanizmy języka, jego użycia przede wszystkim zwrócił już swego czasu uwagę wielki językoznawca Benveniste. Używając języka [a może to język nas używa?] nie zdajemy sobie sprawy z mechanizmów konstruowania zdań, z koniecznych już na wstępie wyborów reguł fonetycznych, z całego bogactwa zasad i norm gramatycznych. Co więcej - gdybyśmy się nad tymi mechanizmami zatrzymywali, bylibyśmy jak ta stonoga z bajki, którą podstępnie namówiono, aby wyjaśniła, w jaki sposób stawia kolejne kroki. Te nożki czy odnóża w końcu jej się poplątały, tak jak niechybnie splątałby nam się język.
Istnieją wszakże pewne - żelazne - zasady powodujące, że łatwiej jest nam się porozumieć, bądź - jak chcą niektórzy językoznawcy- będące niezbędnym elementem procesów komunikacyjnych. Zasady takie nie były obce retoryce antycznej i właściwie w wieku XX zostały tylko przypomniane przez H.P. Grice’a. Oto one:
a. Zawrzyj w swojej wypowiedzi tyle informacji, ile potrzeba w danej sytuacji komunikacyjnej
b. Nie wprowadzaj do swej wypowiedzi więcej informacji, niż potrzeba
c. Nie mów tego, o czym jesteś przekonany, że jest nieprawdą
d. Nie mów tego, czego nie jesteś pewien
Dalsze tzw. reguły konwersacji już otwarcie przypominają wskazania retoryki : Unikaj niezrozumiałości w wyrażaniu się, unikaj wieloznaczności, bądź zwięzły, mów w sposób uporządkowany.
Zastanawiam się często, kiedy na konwersatoriach zalega dziewicze milczenie i w żaden sposób nie mogę wydobyć z uczestników zajęć jakiejkolwiek informacji na temat dewiacyjnej koncepcji metafory, czy to nie jest aby moja wina, czy w jakimś miejscu nie naruszyłem wcześniej [ w czasie wykładu] którejś reguły konwersacyjnej. Nie pierwszyzna mi to. Pamiętam żywo jeszcze pierwszą moją konwersacyjną wpadkę, pierwszą niezborność między mymi intencjami oraz ich „niedoczytaniem”przez interlokutorkę.
To było dawno, w mitycznych czasach klasy IV c czy IV b. Wszyscy kochaliśmy się w niebieskookiej i pszennowłosej Ewuni. Moi koledzy mieli więcej śmiałości: a to podstawili wybrance nogę na wielkiej pauzie, a to pociągnęli za warkoczyk. Ja wszakże postanowiłem ją „zażyć stylistyką”. Kiedy znaleźliśmy się na koniec sami udając angielski spokój i takąż dystynkcję rzekłem : „Piękny dzień dziś mamy, nieprawdaż wszak?”. Niebieskie oczęta pochmurniały, a potem zrobiły się wyraźnie złe i po chwili usłyszałem :”Sam jesteś wszak”. Zrozumiałem , że do kobiet należy mówić prosto i konkretnie. Ewunie wszakże wyrastają na Ewy i wówczas potrafią już znaleźć odpowiednią replikę na niefortunne wypowiedzenie. Moja Ewunia z młodości już dawno niańczy wnuki, i to może jej wnuczkę zagadnąłem na Piotrkowskiej w niecnym celu sprawdzenia, czy pamiętamy jeszcze język Jana z Czarnolasu.
Spieszyłem się bardzo, nie miałem zegarka, musiałem zapytać o godzinę. Atrakcyjna dziewczyna była w pobliżu, ja zaś byłem lekko podochocony i lekkomyślny, przeto bez namysłu zagadnąłem :”Przepraszam, która to może być godzina, moja dziewko droga” {Pamiętamy : „Nie do takiej łożnice, moja dziewko droga, miała cię mać uboga doprowadzić”]. Panienka popatrzyła na mnie taksująco i rzeczowo odparła : „Wcale nie jestem taka droga, w końcu możemy się potargować”. Przeklinając uniwersyteckie gaże, pustki w portfelu nie pozwalające mi na dalszą - jakże obiecującą konwersację - odszedłem z tego miejsca hańby wynosząc świadomość, że i reguły Grice’a należałoby jeszcze zmodernizować.