Urodzony w 1876 r. w Krakowie Józef Hofmann był niezwykłym pianistą. Genialna pamięć, boskie władanie paletą nastrojów, nadzwyczajna wrażliwość a przede wszystkim niesamowita wyobraźnia artystyczna sprawiały, że do dziś stawia się go na równi z takimi herosami pianistyki, jak: Paderewski, Rachmaninow, Rubinstein czy Horowitz. Krytycy zgodnie podkreślają, że jego interpretacje zasługują na miano absolutnie doskonałych. Dlatego współcześni mu melomani z niepokojem śledzili zakusy Edisona (tego od niezliczonych patentów, m. in. wynalazcy żarówki i mikrofonu), który, jak mówi legenda, po koncertach chodził do Hofmanna i nagabywał: „Józefie, daruj sobie ten blichtr sal koncertowych świata, chodź! Pracuj ze mną! Szkoda twego talentu, ludzkość czeka na twoje nowe… wynalazki!”
Twórca fonografu, członek Narodowej Akademii Nauk w Waszyngtonie Tomasz Edison dobrze wiedział, co mówi. Będąc recenzentem i jednocześnie założycielem najbardziej prestiżowego po dziś dzień czasopisma naukowego „Science” – karierze (bynajmniej nie muzycznej) niezwykłemu wynalazcy i „inżynierowi” z Polski przyglądał się od lat.
A było komu. Józef Hofmann rzeczywiście jawił się jako nietuzinkowa postać, której pryncypialną cechą było ułatwianie sobie i innym życia poprzez obmyślanie pożytecznych rzeczy. Na przykład: źle spięte, spadające kartki nutowe ze statywu irytowały każdego, ale tylko Hofmann rozprawił się z problemem i z irytacji uczynił pożytek. Jak? Otóż kartki z nutami od zawsze podpowiadały rozwiązanie. Wystarczyło je tylko odczytać. I Hofman odczytał: z odpowiedniego drutu odwzorował kształty zapisanych na nich wiolinowych kluczy – by… patent na spinacz do kartek papieru „stał się ciałem”! Nie inaczej było, gdy patentował wycieraczki samochodowe: miarowy, wahadłowy ich ruch – to nic innego jak zaadoptowany tu przez Hofmanna metronom - towarzysz pracy każdego muzyka.
Długo by wyliczać wynalazki maestra. Wspomnę jednak jeszcze o resorach samochodowych, których dziś - kształt i funkcja każdemu pianiście kojarzą się z łukami liniowymi występującymi w nutach. Hofmannowi skojarzyły się także (w drugą stronę). W konsekwencji - maestro swoje kolejne skojarzenie zamienił na... kolejny worek (powiedzmy: woreczek) złota.
No dobrze. Zapytacie teraz, czemu piszę o Hofmannie? - bo jest on doskonałym potwierdzeniem strawestowanego porzekadła: nie studia, lecz chęć szczera zrobi z ciebie „inżyniera”. I takim właśnie „inżynierem” był Hofmann. Rejestrując blisko 70 patentów udowodnił, że każdy może być racjonalizatorem.
Jeśli więc dzisiaj słyszę to tu, to tam, że w Polsce posucha w urzędach patentowych dzieje się za sprawą nikłej ilości dobrze wyuczonych inżynierów – trochę się martwię, znaczy, bowiem, że wiara w narodzie słaba, a myślenie stereotypowe - wciąż silne. Żeby być dobrym „inżynierem” naprawdę nie trzeba być w ogóle inżynierem. Trzeba tylko czasami myśleć pro publico bono… i owszem dla swojego pożytku, przy okazji też.
Wróćmy więc do Hofmanna. Gdy miał 11 lat i gdy już powszechnie uznawany był za „złote dziecko” zapadła roztropna decyzja, aby do pełnoletniości zabronić mu koncertów. Ten czas - młody artysta miał spożytkować na naukę. Tak się też stało. Z młodego kiełka, jak życie pokazało, wyrosło mocne, wspaniałe pnącze.
Gdy po latach jedynie słusznego ustroju (za sprawą cudu historii) rozkwitła w Polsce na dobre wolność gospodarcza i demokracja – zastanawiam się, kto wie, może i cały mój kraj obrodzi wkrótce winnicą? W magmie politycznych ściemniaczy i zacietrzewionych polityków, wypatrując i czekając niecierpliwie kolejnych Hofmannów – mam, niestety, mieszane myśli.
|