Niewątpliwie jesteśmy ofiarami inwazji reggae, bo po hip – hopie właśnie ono stało się nad wyraz popularnym gatunkiem muzycznym. Oczywiście nie wszyscy się nimi czujemy, choć jak sądzę, powinniśmy. Dlaczego? Chociażby przez masową produkcję, kopie kopii, często niską wartość artystyczną, a co najgorsze, żałosny poziom tekstów, pod względem stylu oraz tzw. przekazu, a to on, wydawało mi się zawsze, miał być w tym wypadku najważniejszy. Kiedy słyszę porównania typu: „słowo jak polny kwiat”, budzą się we mnie wspomnienia okresu, w którym królowało disco polo. Sami „artyści”, rosną jak grzyby po deszczu, niestety nie wszyscy wybijają się poza ściółkę, na szczęście w niektórych przypadkach wystarczy się tylko przekwalifikować. Trzeba przyznać, że grzybów w tym roku wyrosło naprawdę mnóstwo, aż trudno uwierzyć, że to natura, bo przywodzi to na myśl działanie maszyny, na zasadzie której funkcjonuje dzisiejszy przemysł fonograficzny muzyki reggae. Aby stworzyć tekst wystarczy kilka słów, dwa rymy częstochowskie, powielamy i wrzucamy na taśmę. Sam ten mechanizm nie kojarzy się z niczym dobrym, a już na pewno takim nie są pozytywne wibracje, szerzące nietolerancję. Ten paradoks boli mnie najbardziej, z uwagi na państwo, w którym żyjemy, gdzie dyskryminuje się wszelką inność, a moc wydźwięku jaką ma aktualnie reggae, mogłaby choć trochę, przybliżyć nas do zachodu, przyczyniając się do rozwiązania poważnego problemu.
Mimo że mój tekst jest wymierzony przeciwko współczesnym reggae’owcom, to traktuję go jako oznakę rozczarowania. Osobiście, mimo powyższego, lubię posłuchać reggae, co więcej, uważam że niektórzy polscy muzycy są naprawdę świetni, kulturowo niepoprawni…i w nich moja nadzieja.
|