Na pewno pamiętacie, Drodzy Czytelnicy, kobietę z największym w Polsce zamiłowaniem do czystości, niejaką Agnieszkę Frykowską vel. „Frytka” (złośliwi uważali, że pseudonim do niej pasuje jak ulał, ponieważ frytka to przecież przerżnięty ziemniak). Otóż owa Frytka, już pierwszego, no może drugiego dnia w domu Wielkiego Brata tak bardzo poczuła się brudna, że namówiła kolegę, by ją dokładnie wyszorował. Pewnie zdawała sobie sprawę, że co męska dłoń to męska dłoń, silniejsza i pewniejsza. No i on ją szorował, szorował i szorował, nie tylko rękami zresztą i nie tylko w widocznych miejscach, a cała Polska mogła na ten przejaw dbałości o higienę patrzeć.
Jakiś czas potem Agnieszka F. w programie znanego podróżnika i równie znanego prześmiewcy, Wojciecha Cejrowskiego, mówiła o tym, jaką to jest wyzwoloną kobietą, podobnie jak oddające się w porcie niewiasty i takie, które robią to z każdym, kto je poprosi, ale już bardziej szlachetnie, bo charytatywnie. Mówiła też, że lubi być w centrum zainteresowania i jeśli wyzwolenie jej to ułatwi, to może dawać wyraz swojej frywolności przed kamerami, mikrofonami i każdym innym wymysłem techniki. OK, tutaj trochę naginam, ale Frytka za złe mi tego mieć nie może – użyłem co najmniej sześciu słów, o których istnieniu nasza wyzwolona skandalistka pewnie nawet nie wiedziała, więc dointelektualoizowałem jej wypowiedź aż miło.
Wracam do tych średnio już świeżych wydarzeń, ponieważ ostatnio ze smutkiem przekonałem się, że chęć zaistnienia poprzez ekshibicjonizm w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu jest równie wszechobecna, co faceci w dresach w morskich kurortach podczas wakacji. Otóż swego czasu moja znajoma poszukiwała pracownicy do sklepu odzieżowego. Nie takiego, w którym kupuje się stroje niegrzecznych uczennic, pielęgniarek z wielką strzykawą czy francuskich pokojówek, ale bluzki, spodnie i tym podobne, banalne fatałaszki. Nieświadoma tego, co ją czeka, dała ogłoszenie, w którym poprosiła o przysyłanie ofert z CV i zdjęciem. No i się zaczęło. Spory procent dziewcząt starających się o pracę ekspedientki uważał chyba, że będą musiały pełnić także rolę żywych manekinów, ponieważ przysłało zdjęcia podkreślające ich kobiece, niczym nie okryte kształty.
Moja pierwsza reakcja na opowieść znajomej wiązała się z jej niewątpliwymi walorami estetycznymi - jest drobną szatynką o przenikliwie seksownym spojrzeniu i kościach policzkowych godnych dłuta Michała Anioła. Stwierdziłem więc, że może ciekawskie kandydatki, znając nazwę sklepu, zrobiły mały risercz, spostrzegły przyszłą szefową i chciały nawiązać z nią romans. W końcu podobno 84 procent kobiet ma ciągoty także do swojej płci… Totem jednak jak bumerang wróciła do mnie moja niezłomna wiara w głupotę i lenistwo pewnych odmian gatunku ludzkiego, mocno dała mi w łeb i utwierdziła w przekonaniu, że nie ma co doszukiwać się tutaj romantycznych pobudek. Ot, dziewczęta też obejrzały kiedyś program z Frytką czy inną jej podobną „gwiazdą” (w tym momencie przepraszam za użycie tego słowa wszelkie ciała niebieskie) i pokazując gołe cycki chciała zaistnieć, w swojej małej, ograniczonej skali. Cóż, jak to się mówi, przykład idzie z góry. Choć, biorąc pod uwagę dawczynię owego przykładu, chciałoby się rzec, że z dołu. Samego dołu. Samiuśkiego dołu, przy którym Rów Mariański to co najwyżej małe zagłębienie w dnie bajorka...
No i czym ja się tak bulwersuję, zastanawiasz się pewnie Drogi Czytelniku… Przecież od kiedy tylko bracie Lumiere wpadli na tak genialny pomysł, jak kinematograf ludzie robią wszystko, by znaleźć się choć przez przed tym magicznym, wszystkowidzącym szkiełkiem. Mój ojciec opowiadał mi, jak to w latach 70-tych jeździł z kolegami filmowcami nad morze kręcić różnej maści reportaże. Miały one unaoczniać, jak to się na PRL-owskim wybrzeżu można dobrze bawić, spędzać czas i ogólnie odpoczywać lepiej niż w zepsutych kapitalizmem kurortach, takich jak chociażby Nicea. No i panowie w godzinach pracy kręcili obrazki z dziećmi biegającymi za dmuchaną piłką z kiosku ruchu i paniami o posturze wieloryba, a po godzinach organizowali zdjęcia próbne dla młodych dziewcząt, marzących o karierze aktorek. Przy czym pierwszym zdjęciem było zdjęcie ubrania. Rozochocone widokiem filmowców i superprofesjonalnego sprzętu młódki specjalnie nie oponowały, pozbywały odzienia i z pasją prężyły przed obiektywem swe mniej lub bardziej apetyczne wdzięki. A panowie, widząc, że i tak czasem szkoda niezwykle wtedy drogiej taśmy, zakładali „amerykański film”, czyli po prostu stawiali naiwniaczkę przez pustą kamerą.
Niby sytuacja podobna: i tutaj, i tutaj dziewczęta chciały zaistnieć świecąc cyckami, więc w czym tkwi problem? Ano w powodzie, dla którego owe cycki się pokazuje. Bo, pomijając moralność, chęć obnażenia się (czasem nie tylko), by zagrać w filmie czy serialu można jeszcze zrozumieć – w końcu kontakt z magicznym szklanym ekranem, jakaś tam sława itd. Ale żeby robić to samo, by dostać się za ladę? Co to za wyróżnienie, co za nobilitacja? Fortepian Chopina wcale nisko nie upadł – można dużo niżej…
|