W gruncie rzeczy nienawidzę zakupów. Lubię ich rezultaty – pomijając zbyt lekki portfel, ale sam proces to udręka. Zawsze wracam po nich do domu wolnym krokiem, marząc o ciszy i fotelu. Tak jak kilka dni temu. Winda miała mnie zawieźć na moje czwarte piętro, które było wyżej niż zazwyczaj i prowadziło do niego stanowczo za dużo schodów, żebym mogła je pokonać. Bloki bez windy są dla masochistów i sportowców, pomyślałam, wsiadając do własnej, prawdopodobnie pamiętającej Okrągły Stół, ale na ogół niezawodnej.
A jednak właśnie tym razem odmówiła posłuszeństwa i próbowała mnie wysadzić na półpiętrze. To nic, podjadę wyżej, wysiądę na piątym i zejdę, i będzie dobrze.
Po mniej więcej trzech kursach na trasie: stop w połowie drogi między parterem a pierwszym, w górę, stop między dziewiątym a dziesiątym, w dół i tak dalej trochę mi się już znudziło. Nacisnęłam stop, przetestowałam alarm (głośny i irytujący), a potem zadzwoniłam do Pogotowia Dźwigowego. Bądź co bądź, winda w moim bloku nie jest interesująca, nie ma nawet lusterka, a ja z kolei nie miałam choćby gazety.
Porozmawiałam z Panem Fachowcem na poziomie studentki („Dzień dobry, czy to pogotowie dźwigowe bo widzi pan, siedzę w windzie i nie mogę wyjść”) i zamilkłam w oczekiwaniu na pomoc.
- Niech pani pojeździ sobie po piętrach i spróbuje ucelować stopem tak, żeby pani mogła wyjść. A my sobie potem podjedziemy i sobie zobaczymy tą windę.
No to celowałam. Wysiadłam chyba na szóstym, a winda pojechała dalej (parter-góra-dziesiąte-dół-parter-góra).
Przeczytałam niedługo potem, że jeżeli powierzchnia Słońca uaktywni się szczególnie silnie, co może nastąpić w słynnym roku 2012, to prawdopodobnie siądzie elektryczność w większości krajów i skutki będą bardziej opłakane niż były na przykład w wieku XIX – bo ma co siadać i ma komu szkodzić. Burza w kosmosie? Wystarczy, ze zwariuje Wasza winda. Może to zapowiedź końca świata, a może zwykły prztyczek w ten leniwy nos.
|