Co i rusz ostatnimi czasy mam wątpliwą przyjemność spotykania w mym rodzimym mieście, Krakowie, coraz to bardziej intrygujących pijaczków. Pospolite „łaziory”, „żule”, „menele” to mój chleb powszedni, gdy z dumnie uniesioną głową kroczę w okolicach Galerii Krakowskiej, zmierzając na autobus. Z reguły spotkanie polega na krótkiej wymianie zdań. Papierosy? Nie mam. Pieniądze? Nie mam drobnych. Na wino nie wrzucę, bo niespecjalnie uśmiecha mi się oddawanie drobniaków zarobionych przez rodziców i niekiedy mnie samego „na chlebek dla żony” w postaci litrowego kartonu wina „Kosmos”. Tak mija dzień za dniem, powrót za powrotem, aż czuję się co najmniej tak, jak gdyby menelska społeczność uznała mnie za swojego najlepszego przyjaciela, ba, swój mobilny telefon zaufania.
Ostatnio jednakże rutynowe odpowiedzi przestały zdawać egzamin. Przestałem być pytany o pieniądze czy używki. Od pewnego czasu największym kuriozum i sytuacją męcząco powszechną stały się zaczepki w celu… egzystencjalnej konwersacji. Ileż to ciekawych rzeczy dowiedziałem się o świecie w przeciągu niecałych 2 miesięcy – strach powiedzieć. Pod lupę weźmy choćby fakt tego, iż wg moich rozmówców „te ch*je, te psy je**ane (mowa o naszych organach ścigania)” brutalnie ograniczają ich wolność, chcą ich zgładzić, wgnieść w ziemię i zneutralizować. Z punktu widzenia racjonalisty sytuacja wygląda trochę inaczej, mianowicie facet, robiący przysłowiową kupę na samym środku zielonego placu nieopodal Galerii MUSI prędzej czy później zostać CO NAJMNIEJ przepędzony. Tak samo sytuacja ma się jeżeli chodzi o galeriowe ławeczki. Błogi sen śmierdzących, przepitych i przepalonych, brudnych i odstraszających klientów wszelakiej maści meneli jest brutalnie i bezpodstawnie zakłócany przez ochronę i służby porządkowe. O ironio, jacyż oni są bezlitośni. Toalety, degustacje, promocje, ławki, parapety – nasi ulubieńcy są wszędzie. Niedługo zapewne nabawię się swoistej żulofobii. Co gorsza, nikt nie szuka jakiegokolwiek długofalowego rozwiązania problemu.
To, co mierzwi mnie od punktu zaczepienia ścięgna Achillesa aż po sam czubek mojej nierzadko i tak już zmęczonej głowy to myśl, że Ci ludzie nie szukają dla siebie ratunku. 99% z nich to menele z wyboru, nie chcący walczyć o swoje i bynajmniej nie starający się czegokolwiek zmienić. Urząd pracy? Gazeta? Uczciwa, szczera praca jest wg nich nieosiągalna. Gówno prawda. Aby do czegoś dojść, trzeba chcieć. Okoliczności w jakich stracili pracę, rodziny, dom są na pewno bardzo tragiczne. Nie zmienia to faktu, że ludzie, którzy stawiają się na miejscu przegranych w połowie swego życia, nie próbujący podjąć walki o lepsze jutro i PRZYZWOITY byt są dla mnie równie ważni, co zeszłoroczny śnieg (de facto śniegu było o wiele mniej, jednakże temat zeszłorocznego śniegu to pomysł na zupełnie inny felieton =) ).
Czy to takie trudne? Trochę inicjatywy, a świat stanie się miejscem, w którym priorytetem nie będzie znalezienie noclegu, niedopałku papierosa i sfermentowanego na amen wina. Ludzie, państwo i okoliczności będą wam sprzyjać, rodacy pijacy, musicie zrobić tylko pierwszy, milowy krok…
|