Kilka dni temu przeczytałam artykuł ( w belgijskim czasopiśmie), w którym kobieta opisywała jak wygląda życie z dwoma mężczyznami, a dosłownie - z mężem i kochankiem w jednym domu. Spali w trójkę w jednym łóżku, ona pośrodku, kochając się raz z jednym raz z drugim. Gdy mąż kończył zostawiał żonę rozbudzonemu kochankowi i sam zapadał w głęboki sen. Kochanek nie korzystał tylko z sypialni – pojawiał się też w ciągu dnia, czasem z zakupami a czasem jako pomoc przy dzieciach.
Nie byłam zszokowana tylko zdziwiona, ale zaraz potem przypomniały mi się słowa Vaclava Havla – „jeśli wszystko stało się możliwe, nic już nie jest pewne” i odłożyłam czasopismo, które czytałam w poczekalni u dentysty, po czym zapomniałam o całej sprawie.
Sprawa wróciła do mnie sama gdy kilka dni pόżniej przeglądałam najnowsze pozycje w księgarni i rzuciła mi się w oczy książka – podręcznik na temat „jak wybrać kiedy kocha się dwóch mężczyzn”. Autorka radziła zrobić listę porόwnawczą cech obydwu partnerόw i na tej podstawie podjąć decyzję. Jakby to były jakieś produkty spożywcze. Wyobraziłam sobie kobiety spisujące w rządku cechy kiełbasy białej i śląskiej i zastanawiające się, którą wolałyby zjeść a następnie dochodzące do wniosku, że biała bardziej smakuje na śniadanie a śląska na kolację. I wtedy się oburzyłam. Tak się bowiem złożyło w moim zagmatwanym życiu, że sama kiedyś byłam w takiej sytuacji, i to widzianej z obydwu stron – najpierw z pozycji żony, której mąż zakochał się w innej a pόźniej jako kobiety tkwiącej w dwóch rόżnych semi-związkach i nie potrafiącej zdecydować się z kim chce być. I zapewniam wszystkich, którzy nie wiedzą czy wybrać kochanka czy męża, że ani pierwszy sposób (konsumpcja obydwu naraz) ani drugi (mierzenie walorόw i użyteczności obydwu kandydatόw) nie pomoże, bo problem leży gdzieś indziej, to znaczy - w nas samych.
- Nie można kochać dwóch naraz. - Powiedziała mi Riet, moja trenerka NLP, kiedy jej oświadczyłam, że się zakochałam, ale nadal czuję coś do mojego męża i nie wiem kogo wybrać. (Byliśmy wtedy z mężem w separacji i mieszkaliśmy osobno).
- A dlaczego nie? - zapytałam.
- Według mnie to oznacza, że nie kochasz siebie samej.
- Czy miłość własna nie jest egoizmem?
- Nie, wręcz odwrotnie – egoiści nie potrafią kochać w ogόle, nawet siebie.
Zaczęłam grzebać i szukać odpowiedzi na pytanie dlaczego wbito nam do głowy, że miłość do siebie jest czymś negatywnym. Przecież nawet jedno z przykazań mόwi „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. I chyba logiczne jest, że miara tego przykazania sama przez się wynika z dalszego ciągu “jak siebie samego kochasz”.
Kiedy wpadła mi w ręce książka Ericha Fromma „Ucieczka od wolności” wszystko stało się bardziej zrozumiałe – Fromm zdefiniował egoistę jako kogoś kto głęboko siebie nie lubi i nie aprobuje i dlatego żyje w ciągłym strachu o swoje „ja”. Stąd bierze się jego dążenie do nieustannego zaspakajania swoich potrzeb. Wieczny niepokój i lęk o to czy dosyć zdobędzie i czy czegoś nie przegapi powoduje, że nie potrafi on zdobyć wewnętrznego bezpieczeństwa, które może istnieć tylko na gruncie prawdziwej sympatii i afirmacji (dla siebie samego).
Buddyści ujmują to inaczej pytając: jak ktoś kto nie ma miłości w sobie może dać ja drugiemu? Jak możemy dzielić się czymś czego nie mamy?
Zaczęłam się zastanawiać czy moje balansowanie pomiędzy dwoma obiektami płci przeciwnej nie było spowodowane właśnie tym ciągłym nieusatysfakcjonowaniem, które czuje egoista. Może właśnie to mόj pęd za poczuciem pełnej satysfakcji w związku nie pozwalał mi na podjęcie decyzji? A jeżeli tak, to byłam skazana na zawieszenie dopóty dopóki w pełni bym się z tym pędem nie rozliczyła.
Moje wątpliwości co do siebie powiększyła pewna pani psycholog z czasopisma „Charaktery” polecając czytelnikom książkę Evy Marii Zurhorst pt. „Kochaj siebie, a nieważne z kim się zwiążesz”. Już sam tytuł przesunął ciężar moich wątpliwości z partnerόw na samą siebie. To mi jednak nie wystarczyło. Zaczęło nurtować mnie bowiem inne pytanie: skoro nie można kochać dwóch to znaczy, że jedno z tych uczuć nie jest prawdziwe, tylko które?
Oczywiście wszyscy znają rόżnicę pomiędzy miłością a zakochaniem. To drugie może przerodzić się w to pierwsze albo wygasnąć. Nie ma innej drogi. Pytanie tylko skąd wiedzieć którą z nich obiorą nasze uczucia? Skąd wiedzieć czy nasze uczucie zakochania nie jest tylko przelotnym zauroczeniem?
Kiedy się nad tym zastanawiałam przypomniał mi się pewien film o fizyce kwantowej - „What the Bleep Do We Know”. Tłumaczył on jaka jest różnica między światem, który widzimy, a światem, który istnieje. Obejrzałam go jeszcze raz a szczególnie fragment gdzie jedna z autorek – Ramtha - wypowiada się na temat uzależnień.
„Nie zakochujesz się w osobie, ale w uczuciach od których jesteś uzależniony” powiedziała Ramtha i dodała, że zakochanie jest formą uzależnienia – ktoś wzbudza w nas uczucia, których pragniemy ponad wszystko np. sprawia, że czujemy się akceptowani i w ten sposób uzależniamy się od tej osoby jak od narkotyku. Tylko, że już nawet po dwóch tygodniach możemy dojść do wniosku, że nie jest to osoba, z którą chcemy spędzić życie a tylko ktoś, bez kogo czujemy się źle.
Trzy miesiące szastałam się między jednym a drugim, mężem a kochankiem, osiągając stany utraty zmysłόw a jednak myśl o połączeniu ich w jedno ciało (albo co gorsza umieszczeniu w tym samym łóżku) wcale mnie nie ratowała. Tak samo nie ratowały mnie żadne strony internetowe z poradami na ten temat choć zaciekawiła mnie jedna opowieść pewnej Amerykanki, która zaniedbywana przez męża zakochała się w kimś innym. Kobieta ta porzuciła męża i zamieszkała z nowym partnerem, który był jej, jak to określiła, bliźniaczą duszą. Problem w tym, że nie mogła przestać myśleć o mężu i miała wrażenie, że powinna do niego wrócić. Zostawiła więc bliźniaczą duszę i wróciła do męża.
Opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce nie mogąc zrozumieć co pokierowało tą kobietą do podjęcia tej właśnie decyzji. Bo skoro znalazła bliźniaczą duszę dlaczego ją odrzuciła? Czyż nie tego wszyscy pragniemy? Bliźniaczej duszy, naszej drugiej połowy, kogoś, kto perfekcyjnie do nas pasuje? A jeśli tak, dlaczego więc wróciła do męża?
Moja przyjaciółka nawet nie głowiła się nad moim pytaniem i z pełnym spokojem i pewnością swego osądu, jakby to było oczywiste, odpowiedziała:
- Bo go kochała.
- A co z bliźniaczą duszą? zapytałam.
- Eee... - rzuciła machając ręką -ludzie myślą, że bliźniaczą duszą jest ten kto perfekcyjnie do nas pasuje, kto spełnia wszystkie nasze życzenia, zaspokaja wszystkie nasze oczekiwania i wypełnia nasze marzenia. Jeśli chcesz poznać prawdę to twoją bliźniaczą duszą będzie osoba, która da ci największe wyzwania. Twoją bliźniaczą duszą jest ten, kto zobowiązał się – na poziomie duchowym – pomoc ci stać się najbardziej uduchowioną osobą jaką możesz być. Twoją bliźniaczą duszą będzie właśnie ten, kto wciągnie cię we wszystkie twoje problemy w sferze związku… przeszłe i obecne! Dlaczego? Żebyś się z nich oczyściła! Wzrost duchowy polega na oczyszczeniu się ze wszystkich osłabiających spraw, które związane są z ego. Ego kocha dramat, przyciąga bόl i wstrzymuje rozwój duchowy. Twoja bliźniacza dusza pojawi sie w twoim życiu, żeby ci pokazać co musi być uleczone i oczyszczone na poziomie ego.
Katie Byron, amerykańska autorka bestsellerowych przewodnikόw, nauczycielka spirytualistyczna, napisała: „Nasi partnerzy, żywi, umarli, czy rozwiedzeni, są zawsze naszymi najlepszymi nauczycielami jeśli tylko zaczynami stawiać pod znakiem zapytania nasze myśli. Nie ma żadnego błędu co do osoby z którą jesteśmy; ona czy on jest perfekcyjnym nauczycielem dla ciebie, czy związek się uda czy nie, i raz jak zaczniesz zadawać pytania zobaczysz, że tak właśnie jest. Nie ma błędów w Wszechświecie. Więc jeśli twój partner jest zły, dobrze. Jeżeli ma cechy, które ty uważasz za wady -dobrze, ponieważ te wady są twoimi wadami, które projektujesz na partnera. Zapisz je więc, zakwestionuj i uwolnij się. Ludzie jadą do Indii, żeby znaleźć swojego Guru, ale ty nie musisz: ty żyjesz z nim. Twój partner dostarczy ci wszystkiego czego potrzebujesz, żeby osiągnąć wolność.”
Kiedy zaczęłam oglądać jej publiczne występy a potem stosować jej metodę czterech pytań przekonałam się, że ma rację. Wciąż jednak brakowało mi tego ostatniego impulsu, tej myśli, która nagle rozjaśnia wątpliwości, pojawia się jak rozżarzona żarόwka w głowie i otwiera furtkę, przez którą masz ochotę przejść i zatrzasnąć za sobą.
Zbliżał się weekend i musiałam wybrać z kim go spędzę. Obydwaj panowie wiedzieli, że mają konkurenta i obydwaj coraz bardziej mnie naciskali.
Położyłam się na łóżku i wyobraziłam sobie, że zostało mi tylko pόł roku życia. Zadałam sobie pytanie co chciałabym zrobić i z kim je spędzić.
I wtedy furtka otworzyła się.
Wątpliwości zniknęły.
Wybrałam męża. I to nie na weekend, ale na całe lata.
|