Mimo, iż dopadło mnie jesienne (?) zmęczenie, postanowiłem kończyć swoje szkice o fitosemiotyce. Przypominam : fitosemiotyka- to nauka traktująca o systemach „znakowych” roślin, czyli – jak to dosadnie donoszę moim studentom -informująca, jak sensownie współżyć z kartoflem. Droga wiodąca ku tym mądrościom jest – jak pisał wieszcz – „śliska i kręta”, dlatego zdarza mi się zabrnąć w jakieś mateczniki pojęciowe, w których ledwo co powite teorie kwilą syrenim głosem., a ja tam postaję, nie wiedząc, co dalej robić. No bo np. nie mogę pominąć całej awantury z feromonami.. Niby to znane od dawna, ale ostatnio „przewekslowane” na ścieżki semiotyczne zjawisko musi być jakoś obłaskawione naukowo, skoro traktuje się je jako rodzaj „kompetencji retorycznej Natury „.(p. Kalevi Kull). Nam musi wystarczyć wiedza, że feromony, to związki chemiczne silnie działające na zmysł powonienia najczęściej w celach nieprzepartego prawa podtrzymania gatunku. Siedzi sobie np. jakaś komarzyca na mojej ręce i zabiera się do smakowitego obrzędu toczenia ze mnie krwi – a tu z odległości 7 kilometrów zwabiony jej zapachem (feromonami) przylatuje komar – samiec i ją obrzydliwie molestuje. Ale jaka ulga dla mnie.! Gatunek uchroniony a ja się nie drapię. Podobnie jest u ludzi. Paskudnie jednak sobie z nami natura poczyna, bo na starość tracimy nie tylko pamięć, ale właśnie powonienie. I mamy cały problem z głowy, nie musimy się już obwąchiwać.
Ale od czego pomysły chemików. ? W moim ezoterycznym sklepiku oprócz nowej talii do Tarota kupiłem flakonik niezawodnego eliksiru – feromonowego koncentratu miłości. Tak mnie zapewniał pan Adam – właściciel interesu Wieczorem skropiłem się tym pachnidłem i czekałem, co będzie dalej. Z drugiego pokoju przyszła moja najmilsza małżonka, żeby sobie wziąć z półki jakiś romans do poczytania przed snem. Coś ją jednak zatrzymało, zmusiło do zastanowienia się. „Znowu sąsiadka z dołu smaży ryby” – rzekła robiąc mi pa-pa na dobranoc. Trudno, nie zadziałało.
Nie o tym wszakże chciałem pisać. Moja sunia ma tę swoją przypadłość. W domu paraduje w gustownych majtkach, żeby nie brudzić dywanów (przebrzydli egoiści z tych ludzi!) , a kiedy z nią wychodzę na konieczny spacer biorę spory patyczek, żeby ją bronić przed bezwstydnymi zalotami amantów. Będę musiał chyba wychodzić z kijem bejsbolowym, bo zainteresował się też nią rottweiller sąsiada. Tych zalotników ma tylu, ze ich nie zliczę, a jeden pokraczniejszy od drugiego. Najgorsze jest to, że całe to towarzystwo ( feromony, feromony!) biega także za mną i wtedy, kiedy Gabi zostaje w domu. Gromadą odprowadzają mnie do przystanku, co śmielsze bestie starają się mnie złapać za nogawkę, żrą się między sobą. Zgroza! A tu dwie miłe starsze panie patrzą na mnie i mówią : „Pan to musi kochać zwierzęta, jak te psy lgną do pana”. Słyszałem nawet, że wystosowały pismo do Towarzystwa Ochrony Zwierząt, izby mi dano jakiś medal zasługi za to serce do psów. Za to psie serce, psiakrew!
|