No cóż, skończyły się żarty, zaczęły się schody- jak mawiał Wieniawa. Skończyły się wakacje, zaczęło się znowu życie zwykłe, czyli akademickie. Wgryzam się w nowe programy zajęć, poznaję studentów „pierwszaków”, bowiem moich „starych” dobrze pamiętam i już na początku muszę się wywikłać z pewnych dydaktycznych kłopotów. Nie prowadzę już mojej ukochanej retoryki, ale przydano mi nauki pomocnicze. W tej materii byli i są godniejsi Koledzy, którzy tę dydaktyczną jednostkę oswajali dla studentów, ale przecież i ja może będę miał coś do powiedzenia. Z sentymentem wspominam swoje studenckie czasy i moje wówczas zapoznawanie się z naukami pomocniczymi. Z „Warsztatem bibliograficznym” Pana profesora Jerzego Starnawskiego nie rozstaję się od tamtych czasów bacząc, żeby nie przegapić wznowień – poszerzonych i uaktualnionych. Ale nie o sobie chcę pisać.
Spotkaliśmy się przeto z rokiem pierwszym na pierwszych zajęciach z „nauk pomocniczych”.
Miła –nawet dość liczna grupka (zważywszy kłopoty, jakie miała nasza Uczelnia) studentów w ciszy pełnej napięcia czekała na moje pierwsze słowa. Zacząłem jak przysłowiowa sroczka, która swój ogon chwali, od pochwały (laudacji) nauk pomocniczych, od ich niezbędności w procesach dydaktycznych, od konieczności zapoznania się z podstawową bodaj lekturą umożliwiającą „filologiczne funkcjonowanie”. I przyszło mi do głowy, żeby stworzyć tzw. sytuację hipotetetyczną. Co to jest sytuacja hipotetyczna, zilustruję znaną anegdotą żydowską.
Młody i niezbyt życiowo doświadczony młodzieniec miał po raz pierwszy spotkać się z przyszłą żoną, którą mu co prawda wybrano, ale którą winien jakoś olśnić jeśli nie urodą to intelektem. Postawiono na intelekt. Doświadczony rabin zalecił młodzieńcowi, aby grzecznie zapytał o upodobania wybranej, o jej rodzinę, w końcu przeszedł do spraw filozoficznych – do stworzenia tzw. sytuacji hipotetycznej. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak: „Czy Ty lubisz makaron”? – „Tak. Lubię”. „A czy Ty masz brata”? „Nie mam” – odpowiedziało dziewczę. Tu nastąpiła dłuższa pauza w konwersacji. Na koniec jednak zdesperowany młodzian zadał pytanie filozoficzne wyrastające z sytuacji hipotetycznej : „A gdybyś miała brata, to czy on lubiłby makaron”? Anegdota jak anegdota.
Moja sytuacja hipotetyczna była mniej kunsztowna. Zapytałem moich drogich pierwszoroczniaków, co by zrobili, gdyby już na zajęcia następne musieli przygotować jakąś rozprawkę, do jakich źródeł by się zwrócili. Spodziewałem się nazw Słowników i Encyklopedii literackich, znanych i funkcjonującyh bibliografii etc. etc. Nastąpiła dłuższa chwila milczenia (jak w anegdocie), odezwał się wszakże rezolutny młodzieniec z ostatniej ławki – „wszedłbym na hejo ściąga pl”. I zaraz to na tablicy napisał WWW. heyo. Sciaga.pl. Nie wiedziałem, czy chwalić, czy ganić. Na tej stronie są tzw. „gotowce” adresowane bardziej do młodzieży szkolnej niż studenckiej. Ale są strony (przezornie ich nie ujawniam), gdzie można zamówić pracę seminaryjną, magisterską, ba nawet doktorską. Trzeba oczywiście słono za to zapłacić. Będę zachęcał do korzystania z Internetu, do oswojenia najlepszych przeglądarek, ale tylko po to, by „ściągać” pliki tekstowe, które będą użyteczną bazą danych i będziemy się na nich opierać przy konstruowaniu własnej już pracy.
I niech moi Drodzy Studenci pamiętają, że jest już gotowy program Plagiat. Oddajesz pracę magisterską w wersji typograficznej oraz elektronicznej (płyta). Płytę wkłada się do napędu ,uruchamia Plagiat, on sobie pracę czyta i podkreśla to wszystko, co ma w swojej elektronicznej pamięci. Ale może porównać tylko to, co ma w bazach danych. A przecież można ściągać na modłę staroświecką – odpisując po trochu z dawnych rozpraw, ze wcześniejszych prac, które do komputera nie trafiły. Uchroń nas od tego, Panie Boże! Myślę, że po solidnym kursie nauk pomocniczych, można będzie polegać na własnej inwencji i –co ważniejsze- uczciwości badawczej. Oby tak było.!
|