Wiecie zapewne, jak to jest, gdy macie wyjechać na urlop? Kilka dni przed wyjazdem
okazuje się, że brakuje połowy niezbędnych rzeczy.
Chcąc, nie chcąc, udajemy się więc na zakupy.
Identyczna sytuacja przydarzyła się mnie w tym roku. Magazyny o zdrowiu apelowały, że jeśli do
rogówki przedostanie się choćby najmniejszy promień UV to na pewno spowoduje on raka i
z całą pewnością oślepnę. Przekaz był bardzo przekonywujący, więc niezwłocznie udałem się na poszukiwania okularów przeciwsłonecznych. W ciągu paru dni obejrzałem chyba wszystkie modele dostępne na rynku. W końcu znalazłem parę, która przypadła mi do gustu. Mało tego, po prostu się w nich zakochałem. Gdy zauważyłem jednak cenę przypomniałem sobie, że droga miłości nie jest usłana różami.
Powiedzieć, że ich zakup przez osobę o moich zarobkach jest wysoce nierozsądną decyzją to jak
iść przez Saharę będąc ubranym w kożuch i stwierdzić, że, i owszem, jest ODROBINKĘ ciepło.
Jak więc można się domyślić… musiałem je mieć. Gdy znajomi pytali później, dlaczego zdecydowałem się
na ich zakup wspominałem o dbałości o zdrowie i niezliczonych ilości filtrów, jakie rzekomo posiadały, ale prawda była jednak inna. Po prostu strasznie mi się podobały!
Jestem przekonany, że mój „przypadek” nie jest odosobniony. Każdego człowieka
może spotkać coś podobnego. W chwili gdy wystąpi relacja „człowiek – coś, co musisz mieć”
rozpoczyna się wewnętrzna walka. Serce zaczyna walczyć z rozumem, toczy się epicka bitwa sentymentalizmu z racjonalizmem. Jeśli zwycięży trzeźwe myślenie - trudno. Nic się nie zmieni i wrócisz do swojego poukładanego, jak wyprasowana w kostkę bielizna życia. Jednak, gdy wygra pierwsze
z nich może to być dowodem, że w Twoich żyłach płynie po części… włoska krew.
Dlaczego? Otóż Włochy to kraj – idylla. Włosi uwielbiają otaczać się pięknem.
Częstym zjawiskiem jest, że nawet średnio zamożny człowiek ma wokół siebie drogie przedmioty.
Co więcej, nikt tam nie widzi w tym nic złego. Nie ma na świecie takiego drugiego kraju, w którym policja nosi mundury sygnowane nazwiskiem Armani.
To właśnie stamtąd pochodzi muzyka, która wyciska łzy z oczu; kuchnia, która doprowadza kubki smakowe do orgazmu; wielkie domy mody, które należą do ścisłej światowej czołówki, itp.
Jednak istnieje coś jeszcze, czego nie można wciągnąć pod skrót „etc.” Mianowicie, to właśnie Włosi
są narodem, który tworzy… najbardziej ekscytujące supersamochody świata.
Wielu na pewno się oburzy i zaraz zacznie wymieniać jako kontrargumenty niemieckie
Porsche 911, japońskiego Nissana GT-R i wiele innych samochodów, które widzieli tylko w magazynach motoryzacyjnych. Nie przeczę że, są przykładem majstersztyku inżynieryjnego oraz najnowocześniejszych technologii, której nie ma nawet NASA, ale, przykro mi, nie wzbudzają we mnie emocji.
Pozwólcie, że przedstawię to w ten sposób: 300 km/h w gokarcie byłoby niesamowitym przeżyciem, którym najprawdopodobniej nikt nie zdążyłby podzielić się ze znajomymi. Ta sama prędkość w Boeing’u 737 to nic niezwykłego, a co więcej, może wręcz znudzić, a maszyny narodów „niewłoskich” można pod tym względem porównać do prywatnych samolotów. Są jak nowoczesne konsole do gier – masz gdzieś to,
ile czasu poświęcili panowie w białych fartuchach na jej dopracowanie i że drzemią pod jej obudową kilkuset rdzeniowe procesory, jeśli nie dostarcza Ci tego, po co ją kupiłeś – czystej rozrywki.
Prawdą jest, że samochody z Italii nie są dopracowane do perfekcji. Nie są niezawodne,
a ludzie, którzy nad nimi pracują nie muszą chodzić do pracy w pampersach. Jednak przygoda z włoskimi machinami zaczyna się już od chwili, gdy ujrzysz jedną z nich. Nie są zwykłymi autami.
To jeżdżące dzieła sztuki, rzeźby na czterech kołach, a ludzie, którzy je projektują nie są nazywani projektantami, ale artystami. Już zanim wsiądziesz do środka wiesz, że bierzesz udział w niezwykłym wydarzeniu. Zaczynasz się pocić, a perspektywa, że dostąpisz zaszczytu poprowadzenia jej jest jak wyobrażenie sobie, że Jezus wkrótce zmartwychwstanie, a Ty będziesz Jego najlepszym kumplem.
Jednak na tym przygoda się nie kończy. Na dobre rozpoczyna się dopiero, kiedy zamkniesz za sobą drzwi
i uruchomisz silnik. Spodziewasz się usłyszeć coś, czego nie zapomnisz do końca życia, jednak to,
co dostajesz przekracza Twoje najśmielsze oczekiwania. Zza twoich pleców wydobywa się dźwięk,
jakby bogowie z Olimpu stworzyli boysband, a Ty siedziałbyś na ich koncercie w pierwszym rzędzie.
Możecie czuć lekki niedosyt, ponieważ nie wspomnę o tym, co ma miejsce, kiedy wciśniesz
w takim samochodzie gaz do dechy. Wiecie, dlaczego? Bo to, co przeżywasz siedząc w nim chociażby
na myjni jest nieporównywalne do tego, co czujesz jadąc jakimkolwiek innym samochodem z jego prędkością maksymalną. Dlaczego tak jest?! Jakim cudem Włosi potrafili stworzyć coś, co nie udało się żadnemu innemu narodowi? Cóż… oni po prostu mają to we krwi.
Włosi potrafią po prostu cieszyć się chwilą, jak nikt inny na świecie. Najważniejsze dla nich
to czerpać z życia jak najwięcej. W ich żyłach płynie krew naznaczona piętnem humanizmu,
w którym wszystko było podporządkowanego człowiekowi. Ich samochody nie zdobywają
milionów serc maniaków motoryzacji dzięki temu, że przechwalają się, z czego jest zbudowany,
bo na tym polu mogą znaleźć się lepsi. Najważniejszy dla nich jest efekt końcowy i emocje,
jakie niesie za sobą ich dzieło. Chodzi o to, że lodówka, choćby składała się z przetworników nanobitowych i mająca za zasilanie akumulatory uranowe nie będzie niczym więcej niż pudłem,
które służy do utrzymywania niskiej temperatury żarcia. Jednak nawet najzwyklejsza lodówka pokryta jaskrawopomarańczowym lakierem i plująca Ci po otwarciu drzwiczek kostkami lodu prosto w oczy wzbudza już niemałe emocje.
Nie myślcie jednak, że jeśli urodziliście się poza krajem w kształcie buta nie jesteście zaproszeni na wielką imprezę zwaną życiem. Giovanni Boccaccio powiedział kiedyś, że „ze świata tego każdy ma tyle, ile sam sobie weźmie” i miał rację. Kimkolwiek był. Potraktujcie ten felieton jako apel - żyjcie tak,
by móc poczuć, że wasze serca pompują chociażby odrobinę włoskiej krwi. Forza Italia!
|