Jak długa droga dzieli nas, a ściślej, nasze umęczone oczy, od skarbnicy newsów – swoistego imperium odrealnionych historii i niebanalnej rzeczywistości? Ano, droga ta zamyka się między dwoma strategicznymi punktami – naszą starą, wygodną (bądź wystylizowaną i mało komfortową) sofą a oknem. Okno to jest konstruktem nie tyle ponadczasowym, co podatnym na zmiany. Było zwykłym odbiornikiem telewizyjnym, a w końcu podsufitową plazmą. Synchronicznie do zmian designu naszego okna na świat zmieniał się także widok, jaki w nim obserwujemy. Ze stylowego, czarno-szarego, nakrytego haftowaną serwetą obrazka wyłoniła się abstrakcyjna sterta śmieci z importu. Nie byłaby ona jednak tak bardzo niebezpieczna, gdyby nie wpadała przez nasze okna na drogie perskie dywany i nie zasypywała egzotycznych podłóg, które misternie układaliśmy na surowych podłogach horrendalnie cennych mieszkań stanu deweloperskiego. Nasze rzeczone okno przyjęło więc i kolejną rolę do spełnienia – od całkiem niedawna funkcjonuje jako stylowy zsyp. Tylko że my wylądowaliśmy, zupełnie nieświadomie, na samym dnie tego misternie skonstruowanego śmietniska i permanentnie jesteśmy zasypywani nowymi odpadami pojawiającymi się niczym grzyby w lesie po deszczu. Na ile nam odpowiada jednak ta bierna egzystencja na końcu skomplikowanego łańcucha odpadowego?
Chyba nikt w dzisiejszym świecie nie wyobraża sobie domu bez telewizora wszczepionego w ścianę niczym jemioła w topolę. Mimo, że wiele osób wyklina ten okaz zdrowia i kondycji techniki XXI wieku oraz rezygnuje z oglądania codziennej, miodowej telesagi nie bez kozery okrzykniętej mianem tasiemca, to są przecież rzesze zapalonych kibiców Miłości i Szczęścia. I nie są to pseudokibice biegający po domu z miotłą, a spokojni, ustatkowani widzowie, którzy z losami bohaterów tych telepowieści są na bieżąco od jakichś sześciu tysięcy odcinków. Bo przecież tak jak pasożyt, prowadzący nużącą egzystencję w organizmach kręgowców, telenowele stały się nieodzownym towarzyszem większości naszego społeczeństwa, którego optyka ogranicza się do czarnej skrzynki wielbionej z głębokim pietyzmem i magiczna wręcz czcią.
Ale wracając do naszych kibiców – są oni okazami nie lada wyedukowanymi: znają historię (bohaterów), architekturę (ich mieszkań), topografię (ogrodów) i wiele innych dziedzin nauki tak, że w Milionerach przy ostatnim pytaniu wcale nie musieliby dzwonić po pomoc do domu, a za wygrane złotówki mogliby wstawić nie jedno okno w swoim salonie, by lepiej widzieć, co dzieje się u sąsiadów – tuż za rogiem – na Wspólnotowej i Zaciszonej. Są to dwa newralgiczne miejsca Warszawy, które każdy szanujący się telenowidz znać winien. I zna. Kto ogląda, ten zna. A kto nie, uboższy jest o znajomość życiowych rozterek fikcyjnych telebohaterów.
Ale, ale! Nie samą literaturą żyje człowiek. Prócz licznych noweli, w modernistycznej telewizji na żądanie, zamówić można już wszelkie inne dobra – gry i zabawy, teleranki i podwieczorki, złe wiadomości z kraju i zza światów. Przy czym, informacje te przekazywane są z prędkością ponaddźwiękową, tak szybko jak to możliwe, by widzowie zbytnio się nie znudzili i wytrwali do końca programu.
Co więc obserwujemy? Naturalny powrót do źródeł – telewizję obrazkową, migawkową wręcz strukturę większości programów, a wszystko to powodowane rzekomo głęboką troską o telewidza umęczonego codzienną pogonią za złotym runem. I tu zaserwowano mu teledyskowe oglądanie świata. W tej metodzie jest szaleństwo. Oszaleli producenci i społeczeństwo oszalało. Fenomen popularności telecudów ogarnął cały świat. |