Szukaj Strona Główna   Wszystkie felietony   Kontakt   Napisz Felieton   Regulamin
Kategorie
Codzienność (258)
Kultura (53)
Media (159)
Obyczaje (214)
Ona-On (81)
Polityka (223)
Społeczeństwo (330)
Sylwetki (42)
Inne (316)
Poczekalnia (168)

Subskrypcja
Powiadamianie o nowych felietonach:


Reklama

Ostatnio komentowane
To będzie ten medal? (30-07-2010 01:31)
Ekshibicjonizm gorszy od faszyzmu! (29-07-2010 11:35)
Wirtualna randka jak z Tesco (29-07-2010 12:33)
Firma (29-07-2010 10:37)
Czas na reklamę (29-07-2010 02:12)

Zaloguj się
Login:
Hasło:
zarejestruj się

Perfumeria internetowa
Domzapachow.pl - perfumeria internetowa

Najpłodniejsi autorzy


Jak zostałem filologiem
Jak zostałem filologiem
Nie myślałem o studiach filologicznych, zawsze interesowała mnie medycyna. Oczywiście byłem dobry [nawet bardzo dobry] z ”polaka”, wygrywałem konkursy na olimpiadach łacinników, dodatkowo uczyłem się greki, dużo czytałem, pisałem (pożal się Boże) wiersze. Zbliżała się matura i trzeba było decydować o wyborze studiów. Medycyna i raz jeszcze medycyna. A czasy były takie, że można było studiować u Wielkiego Brata w Moskwie. W kwietniu odbył się ogólnopolski konkursowy egzamin z kilku przedmiotów (trudniejszy niż późniejsza matura). Znalazłem się w dziesiątce, która wypadła najlepiej i została zakwalifikowana na medycynę w ZSSR. Zdałem potem „zwykłą maturę”, ale myślami już byłem za wschodnią granicą. We wrześniu nas zebrano, odprawiono pociągiem do Moskiewskiego Instytutu Medycznego, zaczęto szkolić. Nie były to jeszcze typowe zajęcia z nauk medycznych, ale politycznych. Po raz wtóry musiałem „wykuć się” (po rosyjsku) „Krótkiej historii WKPB”, wykazać znajomością pism Marksa, Lenina i Stalina. Pamiętajmy – był to rok 1956. W październiku coś się zaczęło psuć, odsunięto nas od zajęć, zastosowano „areszt domowy”, nie mogliśmy wychodzić z akademika, a niebawem bez wyjaśnień wsadzono do autokaru i odesłano do kraju. Podróż była długa, bo przed nami poruszała się kolumna czołgów radzieckich, gotowych w każdej chwili do „braterskiej pomocy”. Starsi Czytelnicy te październikowe czasy dobrze pamiętają. No i znalazłem się w rodzinnym Wieluniu. Mogłem wybrać jakąkolwiek akademię medyczną w kraju, już oczywiście bez egzaminów, ale ja – zrażony wschodnimi doświadczeniami – wybrałem łódzką polonistykę. Zajęcia już się odbywały, ale specjalnie zwołano dla mnie Komisję Egzaminacyjną - zdałem, dostałem indeks i usiadłem w akademickiej ławce. Filologiem wszakże uczyniło mnie pewne – stresujące doświadczenie. Jeden z naszych znakomitych profesorów przeplatał wykłady z literatury staropolskiej informacjami o literackich nowinkach. Przyniósł kiedyś niepozorny tomik wierszy jakiegoś Mirona Białoszewskiego. I przeczytał „Studium klucz”. Pamiętamy? („klucz ma zapach wody gwoździowej i smak elektryczności, a jako owoc – cierpki, niedojrzały będący sobie pestką”). Drogi, nieżyjący już Profesor popatrzył na nas i orzekł, że osoba, która ten wiersz zinterpretuje, ma już zapewnioną piątkę na egzaminie ze staropolskiej. Rzuciło się kilku ochotników (pamiętajmy, że ochotnicy jeszcze nie wyginęli na wojnie koreańskiej), ale nie zmogli ugryźć tej pestki. Kuliłem się w ławce i modliłem się po cichu, żeby mnie nie zauważono. Ale Profesor oczywiście spojrzał na mnie i orzekł: ”Pan jest nowy [były to moje pierwsze zajęcia], niech pan spróbuje”. Co było robić? Zacząłem coś tam dukać, ale ogarnęła mnie wściekłość. Jakże to? Przegrałem swoje marzenia najpierw przez Związek Radziecki a teraz mam przegrywać przez jakiegoś Białoszewskiego! Poszedłem na całość – i zacząłem mówić – o kantowskiej „rzeczy samej w sobie” (ta „pestka” z wiersza) o fenomenologicznym oglądzie rzeczywiści, o pomieszaniu konceptu filozoficznego z sensualizmem („smak elektryczności"). Gadałem z godzinę. Profesor popatrzył na mnie uważnie i powiedział: „No, no – z pana jest urodzony filolog”. I tak zostałem filologiem.
Henryk Pustkowski
Ocena: 4,67, ilość głosów: 3, ilość wyświetleń: 206
Oceń ten felieton:

Poleć ten felieton znajomemu


Komentarze

Komentarze do: Jak zostałem filologiem
KAŻDEMU W/G POTRZEB
Dzięki, Heniu, za przywrócenie chociaż okrucha prawdy, o czasach, kiedy"wykuwała się stal"! Dzieci-"in spe" dorosłe zrozumieją, o co chodzi, w tym kalejdoskopie "podmian na obstalunek", wtedy, gdy przyjdzie "odchodzić"( w sensie znanego nam Hansa Fallady).W Japoni, małżonkowie, wieku poprodukcyjnym, już domagają się wzajemności świadczenia sobie eutanazji, z lęku przed "jutrem"... Uśmiechnijmy się chociaż do "piątki!".
Serdecznie pozdrawiam
Michał Wardęszkiewicz
23-11-2009 08:20:35 PM

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz do: Jak zostałem filologiem
Tytuł
Treść
Autor
Wpisz tekst z obrazka:

Copyright by felieton.pl 2004. InetMedia - pozycjonowanie stron www, Linki, Felietony
Felieton.pl poleca: Hotele w krakowie, Cityinfo

sprężarki | plaginy | Giełda motocyklowa | swietokrzyskie | Umowa kupna sprzedaży samochodu