Młodsi czytelnicy zapewne już nie wiedzą, co to było ORS. A to znaczy po prostu Obsługa Ratalnej Sprzedaży. I dziś mamy promocje i dziś możemy wiele rzeczy brać na raty. Za „komuny” wszakże z tymi ratami było i lepiej i gorzej. Lepiej, – bo odsetki od kredytu były niewielkie i nawet przy nędznej uniwersyteckiej gaży (niewiele się od tych lat zmieniło) można sobie było pozwolić na jakieś szaleństwo (np. zakup radia na raty), gorzej wszakże było z procedurą – trzeba było przedstawić całą tekę zaświadczeń z pracy, wziąć ze sobą dwu żyrantów, umówić się na określony dzień, potem czekać na decyzję.
A mojej małżonce zachciało się telewizora, bo stary dawał tylko na ekranie "białą plamę”. Cóż było robić. Papierki zebrałem, pierwszym żyrantem była małżonka a drugim mój serdeczny przyjaciel Radek (Konrad) Tatarowski. Zabraliśmy się z naszego Teofilowa tramwajem linii 5. Dojechaliśmy do biura ORSu, wysiedliśmy. Aż tu z milicyjnej budy wyskoczyło trzech umundurowanych drabów i bez żadnej dyskusji sprzed drzwi upragnionej ratalnej instytucji, zgarnęło nas do tej budy. Nie wiedziałem, co się dzieje. Radek zdążył mi tylko szepnąć: „Wy nic nie wiecie, musicie „iść w zaparte”. Zacząłem kojarzyć. Radek już od 1976 był sympatykiem i współpracownikiem KOR (Komitet Obrony Robotników), podrzucał i nam „bibułę”, kupowałem też podziemne pisma literackie, jednym słowem byłem w kręgu potencjalnych opozycjonistów. Nasza dzielna milicja namierzyła właśnie Radka, który tego dnia wiózł nie tylko zaświadczenia od żyranta przez ORS wymagane, ale ulotki informujące o niepokojach na Wybrzeżu.
Na Komendzie Wojewódzkiej każde z nas było eskortowane przez dwu osiłków do osobnych pokojów przesłuchań. Radek – stary konspiracyjny wyga- w ogóle nie wdawał się w żadne rozmowy i uparcie odmawiał jakichkolwiek zeznań. Ja „robiłem głupa” i labiedziłem, że przez ewidentną pomyłkę MO stracę okazję otrzymania kredytu, moja żona w ogóle nic nie wiedziała i zadała naiwne pytanie, co było przyczyną tego raptownego zatrzymania. „Czyżbym aż tak rzucała się w oczy” – rzekła (a miała na sobie szykowny czerwony plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, który przywiozłem jej z Czechosłowacji). Trafiła na nierozgarniętego (ale czy byli inni) śledczego, który z galanterią odrzekł: ”Pani jest w porządku, jest Pani spokojna i nie rzucała mi się Pani do oczu. Nie jestem podrapany”. Szybko ją jednak wypuścili, bo do pokoju zajrzał przypadkiem szef wydziału a kolega małżonki z roku i znając naiwność polityczną koleżanki zdecydował o jej wypuszczeniu. Mnie też szybko wygonili strasząc, że jeśli będę dalej zadawał się z wrogami PRL (a zadawałem się, zadawałem), to źle i ze mną będzie. Radka zatrzymali na 48 godzin, wypuścili, ale w pobliskiej przecznicy ustawili radiowóz, żeby go zgarnąć na dalsze dwie doby. Nie wiedzieli wszakże, że Radek zawodowo uprawiał lekkoatletykę (biegi) i jak tylko zobaczył znajomy niebieski kolor, dał z siebie wszystko, „uciekł i zmylił pogonie”.
Telewizora przez długi jeszcze czas nie mieliśmy i przebieg strajku i rokowań na Wybrzeżu oglądałem u Radka przy okazji aplikując kolejną dawkę opozycyjnych miazmatów.
Znowu, gdybym nie potrzebował telewizora i żyrantów, nie znalazłbym się na Komendzie Wojewódzkiej MO i kolejna przygoda Kubusia Fatalisty potencjalnie by tkwiła w „rzeczywistości przedustawnej”. Ale widać było zapisane w gwiazdach. QED
10 grudnia 1980 roku. Były szumne obchody okrągłej rocznicy Radia Polskiego. Zaproszono mnie na nie do Pałacu Poznańskiego. Przyszedłem tam obładowany sprzętem fotograficznym dobrej marki (wszystkie moje oszczędności czechosłowackie na to poszły), wziąłem z Uniwersytetu pożyczkę na zakup telewizora (ORS mi jakoś obrzydł), ubrałem się godnie. Trochę fotografowałem, bardziej drinkowałem. I kiedy wyszedłem z imprezy, dałem się nabrać na najstarszy chwyt złodziejski. Jakiś typ (dziś przyznaję podejrzany) poprosił o poczęstowanie papierosem i przypalenie w pobliskiej bramie. W tej bramie znowu dostałem w łeb i kiedy się ocknąłem, nie miałem kożucha, torby (ze sprzętem fotograficznym, pożyczką i dokumentami).
Potraktowano mnie zresztą dość łagodnie, bo zostawiono w sweterku, nie zabrano obrączki ani zegarka. Dowlokłem się do domu, położyłem do łóżka i zaczęła się moja choroba. Za trzy dni ogłoszono stan wojenny. Niektórzy moi koledzy rzucali legitymacje partyjne, ja nie miałem czego rzucać, bo niczego nie miałem. Radka internowano (do Łowicza). Kiedy wydobrzałem, organizowałem paczki żywnościowe dla internowanych, zawziąłem się i jako „komuch”zacząłem krecią wallenrodyczną działalność wymierzoną przeciwko władzom PRL. A mogłem trochę namieszać, bo do podpisywania moich listów i petycji namówiłem sporą grupę sympatycznych osób – oficerów politycznych WP, którzy wówczas byli studentami kulturoznawstwa. Muszę przyznać, że chłopcy robili to z satysfakcją, bo szczerze nienawidzili ubeków (o tarciach w układach – wojsko –ubecja można by wiele napisać).
Oczywiście byłem wzywany, straszony, ale już wiedziałem, że nie trzeba odpowiadać na żadne pytania, milczeć jak grób i czekać na zwolnienie po kilkunastogodzinnym przesłuchaniu.
Ale dlaczego nie zostałem „elementem opozycji” i jak się wyżej pisało nie dorobiłem się dobrego życiorysu. O tym mógłbym w dalszej części napisać. Ale tej już nie będzie.
|