Teorie spiskowe

Polubiłem ostatnio teorie spiskowe. Mimo tego, że wcześniej próbowałem z nimi walczyć i niczym Bralczyk na kolacji u Kanta próbowałem analizować każdą ich fabułę. Teraz to już nieaktualne. Polubiłem.

Ba…! Stwierdziłem, że trzeba je rozwijać. Zwłaszcza, że przesiadując przez większość czasu w kwarantannie (sporadycznie także leżąc i podróżując po mieszkaniu) trudno znaleźć ciekawsze zajęcie niż łączenie ze sobą faktów, prawie-faktów, artykułów z „Faktu” oraz wypowiedzi jasnowidzów, aktorów, sportowców i aktoro-sportowco-wirusologów na temat epidemii.

Uznaję zatem iż:

Primo:

Na świecie nie ma koronowirusa, ale jest to zwykła grypa

Czy ktoś widział koronawirusa? Zapytałem 5-ciu losowo-zaufanych znajomych – żaden nie potwierdził. Jeden kolega kolegi (oczywiście sprawdziłem wiarygodność źródła nie znajdując go w rejestrze karnym, ale też nie przytoczę tutaj nazwiska z uwagi na RODO) przejechał przez całą Polskę busem z panoramicznymi szybami (jest czystej krwi empirystą – potomkiem Locke’a i Darwina, poczętym metodą in vitro w laboratorium w Getyndze) w poszukiwania rzekomego wirusa. Bacznie obserwował zarówno suchy jak i mokry asfalt, zagłębiał swój wzrok w przydrożnych rowach, skupiał całą swoją uwagę (aż po ostatnie ścięgno oczodołu) na gzymsach budynków, parapetach i wiatrołapach. I co? Pomimo swojej legendarnej wnikliwości, zmysłu widzenia rzeczy tak małych, że wręcz nieistniejących (jak np. bardzo mała belka w oku lub średniej wielkości stos igieł w stogu siana) i wrodzonych umiejętności percepcyjno-analitycznych – NIE ZNALAZŁ.

W niedalekiej przyszłości (jeśli wypada nam używać jeszcze tego czasu) zamierza przedstawić dysertację naukową na tenże temat, aby przekonać ludzi o tym jak bardzo myli się Gazeta Wyborcza. I nie cofnie się przed niczym – łącznie ze spacerem z mikroskopem elektronowym po Lidlu (tu jeszcze trwają ostatnie miesiące negocjacji z kierowniczką sklepu i dostawcami bananów), pobraniem wymazu z ucha odwróconego nietoperza (jeśli okaże się to niemożliwością, bo wydzielina zbyt szybko spływa – zgodnie z zasadą grawitacji – przekręci nietoperza do góry nogami) i zasięgnięciem opinii ekspertów zajmujących się handlem z Chinami lub takich, którzy byli w Chinach i po zjedzeniu nietoperza czuli się fantastycznie, a nawet całowali się z kobietą, idąc z nią potem do łóżka, a o poranku uważnie analizowali nieskazitelną biel pościeli. Wiem, że ostatnie zdanie jest nad wyraz długie, ale cytując ekspertów czasem dla dobra logiki trzeba wziąć głęboki oddech lub podkręcić ciśnienie w respiratorze.

Wierzę koledze kolegi – chłop ma łeb na karku – co najlepiej zresztą udowodnił w średnim biznesie – rozkręcając rynek niezakrzywionych butów dla płaskoziemców. Efekt? Ostatnie dni – firma CCC nie wytrzymuje konkurencji chyląc się ku upadłości. Jak rzekłby łaciński matematyk „Quod erat demonstrandum” (w tłumaczeniu na polski – „Szach-mat okrągłoziemcy – gdy opadnie już ostatni pyłek kurzu po panice i ludzie zaczną budować nową gospodarkę stabilność świata mogą zapewnić tylko płaskie podeszwy”). Co więcej w urzędzie złożył jeszcze patent na zastrzyk z lewoskrętnej witaminy C – anihiliujacy działanie każdej szczepionki, łącznie z tą jeszcze nieopracowaną.

Secundo:

No dobrze, ale kto za tym wszystkim stoi? – pyta zaniepokojona Marzena z Giżycka przeglądając ostatni numer „New Scientist” wklejony przez koleżankę na Snapchacie.

Wszystko co się dzieje na świecie ma drugie dno. Weźmy dla przykładu pierwszy lepszy czynny bar (jeśli masz obecnie 6 lat, ale czytasz to w roku 2040 wypada mi jeszcze dodać – „o którym opowiadali ci rodzice”) . Kelner przy barze napełnia Klientowi szklankę wódką – do pełna, czyli w taki sposób, aby ten ostatni już w blokach nie był owładnięty pesymistyczną myślą, o jej częściowej pustce. Następnie oddala się na zaplecze. Za każdym razem jednak przechodząc obok stolika Klienta widzi jak delikwent jest coraz bardziej pijany, a ilość cieczy w szklance pozostaje niezmienna. Zadajesz sobie pewnie pytanie – gdzie jest drugie dno?… Odpowiedź jest prosta. Popatrz na kelnera – jak uporczywie grzebie ręką w kieszeni spodni i wrzeszczy, że ktoś ukradł mu portfel. Pojawia się ochrona, która przeszukuje Klienta. Bezskutecznie. Wtedy kelner odtwarza cały swój bieżący dzień. I w końcu po długiej analizie dochodzi do wniosku, że portfel zostawił w swoim samochodzie. I to jest właśnie drugie dno. Reasumując – „w jaki sposób kelner zarobił na swoje ferrari?”

Obecnie istnieje już multum teorii na temat pojawienia się epidemii, ale oczywiście będę zajmował się tylko prawdziwymi. Nie wypada mi zatem nie zacząć od najbardziej fundamentalnego pytania, stawianego sobie przez każdego detektywa „Kto na tym zyskał?”.

Patrząc na przepływ gotówki w ostatnim czasie istotną uwagę wzbudza papier toaletowy. Prześledźmy rozwój faktów. Na początku zaczyna się panika, ludzie rzucają się do sklepów, by zrobić ostatnie zakupy – niczym mrówki w kopcu, do którego wpadła bomba wodorowa. Chaotycznie wiją się między półkami, wpadają na siebie. Są posrani. A to ostatnie – niby przypadkiem przewiduje producent papieru, który z tylniego siedzenia zarządza całą epidemią. Przez kilka dni papieru zaczyna brakować i w telewizji pokazuje się rolki z ubiegłych lat wraz z logiem producenta, wzbudzając pożądanie i zazdrość potencjalnych Klientów. Potem zaskoczenie – jak w „Chłopach” Reymonta – zmienia się pora roku, przychodzi wiosna i nagle produkt pojawia się na półkach i sprzedaje się go wiecej niż makaronu, ryżu i konserw razem wziętych. Przy czym szczęśliwi posiadacze papieru toaletowego nie mają już miejsca w mieszkaniach, brodzą w rolkach, ustawiają z nich dodatkowe ściany działowe lub budują z nich nowe domy. Czy zachowywaliby się w ten sposób bez wirusa, a co za tym idzie – bez pierwotnych działań producenta papieru toaletowego? Pytanie zostawiam otwarte, niech każdy rozwinie to we własnym zakresie. Mogę tylko zasugerować -posługując się niewypowiedzianą myślą R. Petru – po nitce do rolki…

Lista korporacji umoczonych w pojawienie się wirusa jest dłuższa niż nić Ariadny spleciona z podzielonych na czworo włosów Michała Szpaka. Dlatego wspomnę tylko o czterech. Producenci autobusów – wypuścili wirusa, bo wiedząc, że w środku będzie jeździło maximum 17 osób będzie potrzebna większa ilość pojazdów i pojawią się nowe zamówienia. Producenci spirytusu – bo widząc, że naród stacza się w niepicie – wypuścili wirusa, by sprzedać nadwyżki alkoholu dla osób myjących ręce. Producenci karmy dla psów – wypuścili wirusa wiedząc, że w trudnych czasach rozszerzą rynek na ludzi. Producenci patyczków do uszu – wypuścili wirusa, wiedząc, że w trakcie epidemii ludzie będą przysłuchiwać się, czy wirus nie żeruje w ich pokoju.

Lista jest jeszcze dłuższa. Dokładnie – „o niebo dłuższa”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *